W czasach PRL-u sok marchewkowy miał w sobie coś z małego święta – intensywnie pomarańczowy, złocisty, gęsty i słodkawy, podawany w szklanych butelkach z grubym dnem lub w ciężkich, mlecznych szklankach. Można go było dostać w barach mlecznych, ale prawdziwe, najlepsze soki powstawały w domach. Wystarczyło kilka marchewek, czasem jabłko czy dwa, a sokowirówka pracowała z takim zapałem, że jej jednostajny warkot niósł się po całym mieszkaniu.

U mnie w domu w każdą niedzielę obowiązkowo przygotowywało się sok marchewkowo-jabłkowy – czasem z dodatkiem pietruszki i selera, które nadawały mu charakteru i odrobiny wytrawnej nuty. Do dziś widzę tę dużą, biało-czerwoną, prostokątną wyciskarkę, stojącą dumnie na kuchennym blacie. Kiedy ją włączaliśmy, jej basowy pomruk rozchodził się po wszystkich czterech piętrach bloku, jak zapowiedź czegoś dobrego. Po chwili w szklankach lśnił sok – gęsty, słodki, pachnący dzieciństwem. Gdy dzisiaj wyciska sok, każdy jego łyk przywołuje ciepło tamtych niedzielnych poranków.

Sok marchewkowo-jabłkowy z dodatkami

1 kg marchwi
1 kg jabłek 

opcjonalnie
korzeń pietruszki
spory kawałek świeżego selera  

Warzywa dokładnie myjemy. Z tych korzeniowych odcinamy końcówki. Wszystkie kroimy na kawałki, takie, aby zmieściły się do sokowirówki. 

Wyciskamy i po kilku minutach po pierwszym łyku przenosimy się w odległe czasy. Pełne smaku, spokoju i uśmiechu. 

Najlepiej smakuje wypity od razu po wyciśnięciu i wymieszaniu.
Smacznego!